Za co tak naprawdę lubię House`a?Za co tak naprawdę lubię House`a?

Available only in polish.

Pisząc niedawną recenzję setnego odcinka House’a zaczęłam się poważnie zastanawiać nad jedną rzeczą – jak to możliwe, że tak schematyczny i przewidywalny serial jest tak popularny i… wciągający. Poważnie. Pomyślcie – od pięciu sezonów niemal wszystkie odcinki House’a są takie same: jest trudny medyczny przypadek, którego House nie chce przyjąć, pacjentowi ciągle się pogarsza, ma zawał (albo kilka), zespół się spina, kombinuje, leczy go na wszystkie wymyślone przez siebie choroby, a na około 7 minut przed końcem House ma olśnienie i okazuje się, że to jakaś uleczalna, błaha sprawa. I wszystko kończy się szczęśliwie.

To naprawdę niesamowite, że od tak długiego czasu ekscytuję się serialem, w którym w sumie niewiele się zmienia. Ok, zmienił się zespół, zmieniają się tzw. „konfiguracje towarzyskie”, to znaczy np. House zbliża się z Cuddy, kłóci się z Wilsonem, prześladuje swoich współpracowników itp. Scenarzyści stają na głowie komplikując wątki poboczne i dodając serialowi coraz więcej melodramatycznych elementów. Ale schemat pozostaje ten sam.

Ostatnio koleżanka z Plotka, która nosi się z zamiarem obejrzenia pierwszego sezonu House’a zapytała mnie:

Ej, ale nie nudzi cię to? Przecież tam wszystko jest takie samo.

I nie bardzo umiałam jej odpowiedzieć. Bo w sumie zdaję sobie sprawę z tego, że według House’owych olśnień można sobie zegarki ustawiać (następują one najczęściej w około 35-37 minucie odcinka), z drugiej strony po prostu lubię tego gościa. Rozpisałam sobie nawet w punktach za co lubię House’a. I tak, lubię go:

– za House’a – jego poczucie humoru, trudny charakter, spojrzenie (ok, jestem kobietą i mam słabości)

– za tandem z Wilsonem – cudowna para i cudowne dialogi

– za pokręcone relacje międzyludzkie – fajnie, że nie jest dosłownie i tak do końca przewidywalnie

– za nazwy chorób, których nie rozumiem i nawet nie umiałabym powtórzyć

– za to, że to nigdy nie jest toczeń (kiedyś były takie koszulki promujące serial „It’s never Lupus”)

– za ironię (tak po prostu)

– za Massive Attack w czołówce

– za zaskoczenia, które mimo wszystko się zdarzają (np. finałowy odcinek czwartego sezonu)

– za całokształt:

Możecie się ze mną zgodzić, albo i nie, ale jest w tym serialu coś, co sprawia, że uzależnia. Nawet jeśli doskonale wiadomo jak będzie skonstruowany 🙂 Tyle ode mnie.

A wy za co lubicie (albo nie lubicie) House’a?

Kaja Szafrańska / popcorner.pl

2 Responses to Za co tak naprawdę lubię House`a?Za co tak naprawdę lubię House`a?

  1. ;] Heh trudno powiedzieć

  2. Jak autor notki doda jeszcze świetna muzykę [i nie mówię tu tylko o czołówce] i odniesienia popkulturowe i całkowicie się z nim/nią zgodzę.