Cynizm, który leczy.

Jeśli wydaje wam się, że „Ostry dyżur” i „Chirurdzy” to największe osiągnięcia serialowej medycyny, jesteście w błędzie. Emitowany właśnie w telewizyjnej Dwójce „Dr House” bije wszystkie tego typu produkcje na głowę.

Doskonale pamiętamy George’a Clooneya w roli Douga Rossa, Anthony’ego Edwardsa jako doktora Greene’a, czy ekipę chirurgów, pracujących w jednym ze szpitali Seattle. „Ostry Dyżur” i „Chirurdzy” to dwa doskonałe seriale medyczne, do których zapewne wracać będą kolejne pokolenia widzów. Pierwszy z nich, najprawdopodobniej nigdy się nie zestarzeje. Nagrodzona ogromną liczbą telewizyjnych nagród historia personelu County General Hospital w Chicago, na przestrzeni trzynastu lat elektryzowała widzów sposobem opowiadania życiowych perypetii amerykańskich lekarzy i ich przyjaciół. Zetknięcie codziennych, szpitalnych zmagań z problemami zdrowotnymi pacjentów i prywatnymi dramatami lekarzy, czyniły z „Ostrego dyżuru” nową jakość w serialowych produkcjach o tematyce medycznej. To było coś więcej niż emitowany w latach 80. „St. Elsewhere” czy stworzony przez Davida E. Kelley’a, w tym samym czasie co „ER”, „Szpital dobrej nadziei”. Miliony widzów na całym świecie nie mogły się mylić – na powstałych dotąd trzynastu seriach „Ostrego dyżuru”, emitowanych nieprzerwanie od 1994 roku (czternasta rusza jesienią w USA), wzorują się dzisiaj kolejni twórcy medycznych tasiemców. Ludzie chcą oglądać na ekranie swoich telewizorów pracę lekarzy, lubią zaglądać do ich mieszkań, chodzić z nimi na randki i wskakiwać do łóżka. Od czasu emisji pierwszego odcinka ‚ER” w samych tylko Stanach powstało kilkanaście produkcji z tego gatunku (kilka z nich, jak „Scrubs” czy „Bez skazy” wprowadziło nawet do pojęcia serialu medycznego odrobinę świeżości – pierwszy zarażał niezłą dawką świetnego humoru, drugi intrygował ciekawą realizacją).

Spory sukces, choć nie tak spektakularny jak „Ostry dyżur”, zanotowali emitowani w Ameryce od marca 2005 roku „Chirurdzy”. Ale ekipa specjalistów pod przewodnictwem Meredith Grey zdąży się jeszcze rozkręcić – 27 września na antenie ABC pojawi się premierowy odcinek czwartej serii serialu i mało prawdopodobne, by na niej cała ta przygoda miała się zakończyć. Sądząc po zbieranych kolejno nagrodach (w ostatnim roku m.in. Złoty Glob i NAACAP), chirurgia z Seattle jeszcze przez długi czas będzie popularną w świecie profesją.

Prawdziwą gwiazdą współczesnej, telewizyjnej medycyny jest jednak ktoś inny. Zamiast tuzina wyszkolonych lekarzy – jeden człowiek o nietuzinkowym sposobie bycia i umiejętności stawiania doprawdy genialnych diagnoz. Doktor House. Serial, który swoją amerykańską premierę miał w listopadzie 2004 roku, wreszcie ma szansę dotrzeć do szerokiego grona odbiorców w naszym kraju. Na początku września emisję pierwszej serii zapoczątkowała publiczna Dwójka. Czas najwyższy, by Polacy nadrobili zaległości. Dawno bowiem telewizja nie widziała tak zgrabnie zrealizowanej produkcji – zabawnej i przewracającej do góry nogami dotychczasowe wyobrażenie o serialu z kroplówką w tle. „Dr House” wychodzi bowiem przed szereg wszystkich dotychczasowych obrazów o tematyce medycznej – łączy w sobie elementy zarówno komediowe, jak i kryminalne.

Tytułowa postać, Gregory House, jest kompletnym przeciwieństwem uroczych, wrażliwych i uwodzicielskich lekarzy, znanych z telewizyjnych seriali. Kuleje, podpiera się laską, niezbyt często chwyta za maszynkę do golenia i wyznaje zasadę, że w jego pracy przede wszystkim przeszkadzają mu pacjenci. Rzadko kiedy liczy się ze zdaniem swoich współpracowników, a pracę w szpitalu traktuje raczej jako średnią rozrywkę. Jest chamski, cyniczny, nieprzewidywalny i… zupełnie genialny w swoim fachu. Dzięki oryginalnym diagnozom i rzucanym co drugie zdanie rozbrajającym żartom, wyrasta na prawdziwego herosa szklanego ekranu. Radzi sobie z nawet najbardziej skomplikowaną zagadką medyczną, a na pozór zwyczajnie wyglądające procesy leczenia, traktuje jak pole do rozwijania swoich nietuzinkowych podejrzeń. I wie, że jest w tym najlepszy.

To właśnie oparcie fabuły „Dr House” na postaci człowieka, który w koloryzowanych produkcjach telewizyjnych mógłby co najwyżej grać rolę marginalną, stanowi o największej zalecie tego serialu. Trudno sobie wyobrazić, by Doug Ross z „Ostrego dyżuru” zamiast współczuć pacjentom, miał ich w dalekim poważaniu. Ale nawet jego dobre serce, uwodzicielski uśmiech i zabójcza uroda w zestawieniu z błyskotliwością i wręcz ujmującym grubiaństwem House’a, wypadają po prostu przeciętnie. Już od pierwszego odcinka, grający w serialu główną rolę, Hugh Lauire, urzeka nas swoją arogancją. Nieważne, że jest niesympatyczny. Właśnie za to, po obejrzeniu całej pierwszej serii, będziemy go uwielbiać.

Tomek Doksa

Still quiet here.sas