Na szczęście jest dr House

W przypadku seriali medycznych, było już chyba wszystko. Oprócz… dr. House’a.

Składniki do przyrządzenia potrawy zwanej „serial medyczny” znane są od lat 60. i „Dr Kildare’a”. Potrzebujemy szpitala (oczywiście pięknego, czystego i lśniącego), barwnych pacjentów z jeszcze barwniejszymi przypadłościami i rzecz najważniejszą – personel medyczny. Zbiór osobowości z ich mniejszymi i większymi dramatami czy miłostkami, które będziemy śledzić przez kilka sezonów. Odpowiednia mieszanka każdego z tych elementów zapewniła sukces takim produkcjom jak „Ostry dyżur”, „Szpital Dobrej Nadziei” czy ostatnio „Chirurdzy”.

Niektórzy z rozrzewnieniem wspominają pewnie serial z czasów młodości, „Doogie Howser, lekarz medycyny”. Jednak potrawę można czasem udoskonalić, a czasem ją zmienić. I wtedy właśnie można zaserwować sobie „Dr House’a”.

Po raz pierwszy serial o pewnym dość niekonwencjonalnym diagnostyku i jego zespole pojawił się w telewizji FOX w 2004 roku i od tego czasu doczekał się już pięciu sezonów. Czym serial wygrał? Innością. Owszem, jest „personel medyczny”, ale siłą napędzającą serial jest tytułowa postać Gregory’ego House’a. Złośliwego, do bólu szczerego, czasem bezczelnego lekarza, granego przez importowanego z Anglii i świetnego w tej roli Hugh Laurie.

Ponoć aktor miał kiedyś studiować medycynę, w końcu wybrał archeologię i antropologię. Na aktorstwo poderwał swoją pierwszą dziewczynę… Emmę Thompson. Warsztat komediowy szlifował w serialu „Czarna żmija”. To właśnie specyficzne poczucie humoru wyróżnia „Dr House’a” spośród innych seriali medycznych. Humoru bezkompromisowego, nie znającego tematu tabu, złośliwego i nieprzejmującego się kwestią dobrego tonu, poprawnością polityczną czy uczuć innych.

Dr Cuddy: Chcę żebyś założył lekarski fartuch.
Dr House: Ja chcę dwóch dni wyuzdanego seksu z kimś o wiele młodszym od ciebie. Powiedzmy dwukrotnie.

Dr Foreman: Moglibyśmy ją przywiązać do stołu.
Dr House: Odrażające i prymitywne. Podoba mi się.

Właściwie zamiast tej recenzji wystarczyłaby taka lista cytatów i tekstów House’a, który wierzy, że „wszyscy kłamią”, a lekarzem nie zostaje się po to, „by zajmować się chorobami”, bo „zajmowanie się pacjentami czyni większość lekarzy żałosnymi”. Jednak wiadomo, że bohater pozbawiony jakichkolwiek uczuć i pozytywnych, choćby ukrytych, cech nie zyskałby sympatii widzów, a serial musiałby ponieść klęskę. Dlatego House pod maską ironii i chłodnego dystansu skrywa swoją wrażliwość. W wyniku zawału mięśnia utyka na jedną nogę i uzależniony jest od tabletek przeciwbólowych. „Nie jestem śmiertelnie chory tylko żałosny, a nie uwierzyłbyś jakie rzeczy uchodzą mi na sucho” – mówi. I rzeczywiście wiele może, bo jego atutem jest profesjonalizm. Krótko mówiąc – nie ma lepszego diagnostyka.

„Dr House” zrewolucjonizował też formułę samego serialu medycznego, wprowadzając w dość nietypowy sposób elementy serialu sensacyjnego. Jednak nie na drodze prostej kopii. W „Dr House” nie spotkamy zagadek kryminalnych. To konkretne przypadki, czasem niezwykle skomplikowane, sama choroba, staje się kryminalną zagadką i w taki też sposób jest ukazywana. Zespół dr House’a i sposób ich pracy przypomina ten, jaki widzimy choćby w „CSI: Kryminalnych zagadkach Las Vegas”. Lekarze zbierają dowody, rozmawiają z bliskimi chorego, bo ten, według House’a, zawsze kłamie. House dochodzi do prawdy jak policjant. Zresztą gdyby szukać porównania dla jego postaci w innych gatunkach, byłby to z pewnością zmęczony życiem, doświadczony glina, który już dawno przestał wierzyć w ludzi i świat.

W Polsce pewnie jeszcze długo nie doczekamy się własnego dr House’a. Zbyt silna jest u nas potrzeba oglądania miłych i wiecznie uśmiechniętych lekarzy z Leśnej Góry. Odmiany polski widz może ewentualnie poszukać w „Daleko od noszy” z niezbyt wyrafinowanym humorem. Niestety, w polskich serialach medycznych jest jak w polskiej służbie zdrowia – lubimy popadać w skrajności i uciekamy przed eksperymentami. Na szczęście jest „Dr House”.

„Dr House – sezon 1” ukazał się na DVD 13 listopada. Dystrybutorem wydawnictwa jest TIM Film Studio.

Martyna Olszowska / Interia.pl

Still quiet here.sas