Monthly Archives: Grudzień 2008

Hugh Laurie – kolejny uwodziciel w fartuchu?

Hugh Laurie jest uważany przez wielu osób za bardziej seksownego niż Żmijewski i Dempsey, a jako serialowy dr Gregory House bije rekordy oglądalności. Czy wiecie, że kiedyś był sławnym wioślarzem, pisze książki, nigdy nie poprosił kobiety do tańca, a jego syn omal nie zagrał Harry’ego Pottera?


Hugh miał styczność z medycyną nie tylko na planie filmowym. Jego ojciec William „Ran” Laurie był lekarzem, a także złotym medalistą olimpijskim i prezesem Leander Club, jednego z najstarszych klubów wioślarskich na świecie. Hugh również należał do niego, idąc w ślady ojca. Nie bez sukcesów – wygrał World Junior Championship. Dziś świeci nam jako gwiazda filmowa a nie sportowa za sprawą choroby (mononukleozy zakaźnej), która zmusiła go do rezygnacji z wioślarstwa.

W walce o rolę dr House’a przegrał z nim Patrick Dempsey, który tak wspomina casting:

Wzywano mnie wiele razy… ale wiedziałem, że House nie jest mi pisany – bohater był o wiele bardziej mroczny niż ja.

Patrickowi nie udało się tu, ale powiodło gdzie indziej – pokonał Roba Lowe w rywalizacji o rolę dr Dereka Shepherda w „Chirurgach”.

Choć serialowy dr House jest podstarzały, gburowaty i utyka, nie brak oddanych wielbicielek tej postaci. Hugh twierdzi, że w prywatnym życiu z kobietami nie radzi sobie najlepiej:

Mam 48 lat i nigdy nie zaprosiłem żadnej kobiety na randkę, nigdy nie poprosiłem do tańca, nigdy nie organizowałem imprez.

Być może Hugh nie należy do największych podrywaczy, ale nie wiedzie też kawalerskiego życia. Od 18 lat jest żonaty z Jo Green, administratorką teatru, z którą ma trójkę dzieci. Jego najstarszy syn Bill ubiegał się o rolę Harry’ego Pottera, jednak twórcy filmu stwierdzili, że jest zbyt młody i wybrali starszego o dwa lata Daniela Radcliffe. Córka Rebecca zagrała niewielką rolę w filmie „Dowcip”.

Początkowo Hugh nie marzył o karierze aktorskiej – studiował antropologię i archeologię. Na obecną drogę sprowadziła go aktorka Emma Thompson, która przez pewien czas była z nim związana. Laurie pisał scenariusze filmowe, a także doczekał się publikacji swojej książki „The Gun Seller” i noweli „The Paper Soldier”.

Laurie założył własną rockowo-jazzową grupę muzyczną Band From TV, w której zgodnie z nazwą nie zabrakło gwiazd z telewizji: Jamesa Dentona („Gotowe na wszystko”) i Grega Grunberga („Herosi”). Nagrana przez nich wersja utwory „Minnie The Moocher” była ostatnio hitem na iTunes.

House serialem roku wg czytelników Popcornera!

Zakończyły się wybory najlepszego serialu roku, zorganizowane przez serwis Popcorner.pl

Spośród szesnastu seriali w ciągu ostatnich dni, głosując w kolejnych rundach, wybraliście tej jeden – najlepszy serial 2008 roku. W finale zmierzyły się dwie produkcje: ”Lost” i ”Dr House”.

Zwycięzcą został House, zdobywając 4039 głosów, co stanowi 70% całości.

Wyniki poszczególnych etapów głosowania można zobaczyć tutaj.

Best of TV 2008.

Wczoraj E!Online opublikowało ankietę w której można głosować na najgorsze rzeczy, jakie oglądaliśmy w telewizji w 2008 roku. Gregory House został w niej nominowany jako najgorszy przyjaciel.

Dziś pojawiła się ankieta, w której możecie oddać głosy na najlepsze Waszym zdaniem wydarzenia. Oczywiście na liście znalazły się również wydarzenia związane z Housem. Jedno z nich to pocałunek House’a i Cuddy, nominowany w kategorii „Najbardziej szczery i prawdziwy moment„, a druga nominacja to sam House, jako najlepszy serial dramatyczny. Głosować możecie wchodząc na stronę E!Online.

O czym marzy facet przed 50-tką?

Hugh Laurie chciałby zrealizować przed swoimi 50. urodzinami marzenie o przejechaniu Ameryki na motocyklu.

Brytyjski gwiazdor, który będzie obchodził okrągłą rocznicę już w czerwcu przyszłego roku, przyznaje, że wymarzona wyprawa jest ostatnio na szczycie jego listy z planami na najbliższy rok.

– Chciałbym przejechać na motocyklu przez całą Amerykę, ale to nie byłby zwyczajny stary motor, tylko specjalny z bocznym wózkiem. Z każdym dniem zbliżam się do 50-tki, ale ciągle jeszcze mam wiele zawodowych ambicji. Nie pamiętam ani jednego filmu, czy serialu, o którym mógłbym powiedzieć, że był naprawdę udany. Z drugiej strony przypuszczam, że właśnie takie ciągłe niezadowolenie każe nam każdego ranka wstawać z łóżka – mówi gwiazdor House’a.


Kolejne promo odcinka 5×12 – „Painless”

10 najgorętszych nowych par 2008.

Serwis SideReel opublikował listę 10 najgorętszych nowych par tego roku. Wśród wyróżnionych par znaleźli się House i Cuddy.

Jedna z najgorętszych scen tego roku to zasługa House’a i Cuddy. Może to nie był dosłownie początek związku, jednak ich pocałunek miał w sobie większy ładunek namiętności niż niejedna scena miłosna. Nie można tego nie zauważyć. Poza tym bądźmy szczerzy – który mężczyzna (lub kobieta) nie miał w tym roku na liście swoich życzeń świątecznych Lisy Cuddy w szkolnym mundurku, robiącej striptiz ?

Zdjęcia promocyjne z odcinka 5×12 – „Painless”

Wreszcie pojawiły się długo oczekiwane zdjęcia promocyjne do odcinka 5×12, zatytułowanego Painless. Możecie je obejrzeć poniżej:

Najgorszy przyjaciel?

Kristin Dos Santos opublikowała na swojej stronie  ankietę, w której można głosować na najgorsze rzeczy, jakie mogliśmy oglądać w TV w 2008 roku.  W kategorii „najgorszy przyjaciel” został nominowany Gregory House. Czy słusznie? Jest to jedyna nominacja dla serialu. Najlepiej wyrazicie swoją opinię, głosując, co możecie zrobić tutaj:

Worst of TV 2008

Hugh Laurie i eksperymenty z Vicodinem.

W wywiadzie dla magazynu Radio Times, Hugh Laurie wyznał, że eksperymentował z Vicodinem, silnym środkiem przeciwbólowym, od którego uzależniona jest grana przez aktora postać. Hugh robił to, by lepiej poznać i zrozumieć doktora Housa.

Nie polecam- trzeba być naprawdę ostrożnym-mówił Hugh.Kiedy bierzesz go, gdy nic cię nie boli, daje naprawdę przyjemne odczucia.

Laurie, mający opinię perfekcjonisty, podchodzi z dystansem do kreowanej przez siebie serialowej roli.

Jestem ogromnie zaskoczony, że House wciąż utrzymuje się na antenie. Notowania są przeciwko tobie w tym konkurencyjnym biznesie. Trudno powiedzieć, czy jestem zadowolony z tego serialu.

Nie oglądam go regularnie. Nienawidzę patrzeć na siebie, a jeszcze bardziej słuchać mojego amerykańskiego akcentu….Nie miałem pojęcia, że mój głos brzmi tak idiotycznie i monotonnie.

Hugh Laurie – Sprzedawca broni.

Sprzedawca broni

Przekład z angielskiego Jacek Konieczny,
premiera 6.03.2008,
kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo W.A.B.

Thomas Lang – były żołnierz, a obecnie niezbyt zamożny ochroniarz do wynajęcia – dostaje nietypową propozycję: zlecenie morderstwa. Ponieważ zabijanie nie leży w jego naturze, postanawia ostrzec swoją ofiarę. Nie przypuszcza nawet, że w ten sposób wplącze się w aferę rządową godną Jamesa Bonda.
Sprzedawca broni to znakomite połączenie trzymającego w napięciu thrillera i śmieszącej do łez komedii. Tłum szpiegów, agentów i terrorystów, supernowoczesna broń, wyraziste postaci i krytyka społeczeństwa, satyra,
aż wreszcie – skomplikowana intryga, której nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie suspensu. A przy okazji genialny recital kabaretowy w wykonaniu zawodowca.
Książka Lauriego zaraz po opublikowaniu weszła na listy bestsellerów. Prawa do jej tłumaczenia zakupiły wydawnictwa m.in. z Holandii, Niemiec, Włoch, Węgier, Portugalii i Szwecji. Powieść zostanie przeniesiona na ekran przez Johna Malkovica, a scenariusz ma napisać sam autor.


Hugh Laurie (ur. 1959), angielski aktor, scenarzysta filmowy i pisarz. Syn złotego medalisty olimpijskiego
w wioślarstwie. Ukończył archeologię i antropologię na uniwersytecie w Cambridge. Przełomowym momentem w jego karierze aktorskiej był występ w serialu Czarna Żmija. Później zagrał m.in. w takich filmach, jak: Rozważna i romantyczna, 101 dalmatyńczyków, Człowiek w żelaznej masce czy Stuart Malutki.

Jego wielki powrót na mały ekran nastąpił w roku 2004, kiedy zaczął grać tytułową rolę w serialu obyczajowym Dr House (emitownym przez TVP2 i AXN). Rola ta przyniosła mu dwukrotnie – w latach 2006 i 2007 – Złote Globy w kategorii Best Actor in Television Drama. W styczniu 2007 roku, w uznaniu zasług dla brytyjskiej kultury, otrzymał tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego.
Sprzedawca broni (1996) to debiut literacki Lauriego.


Fragment powieści:

Rozdział pierwszy


Widziałem dziś rano człowieka,
Co nie chciał pójść na śmierć.

Patrick Shaw-Stewart


Wyobraźcie sobie, że musicie złamać komuś rękę.
Nieważne, prawą czy lewą. Rzecz w tym, że musicie ją złamać, bo jeśli nie… no cóż, to też nie ma znaczenia. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jeśli tego nie zrobicie, przytrafi się wam coś złego.
W związku z tym mam następujące pytanie: czy łamiecie rękę szybko – trzask, ojej, przepraszam najmocniej, zaraz panu pomogę założyć tę prowizoryczną szynę – czy też przeciągacie całą zabawę do ośmiu minut, z każdą chwilą zwiększając odrobinę nacisk na kończynę, aż odchodzący od zmysłów delikwent zacznie z bólu chodzić po ścianach i wyć z przerażenia?
No przecież. Oczywiście. Właściwa decyzja, jedyna właściwa decyzja, to załatwić sprawę możliwie jak najszybciej. Złam rękę, popraw sobie humor kieliszkiem brandy, bądź dobrym obywatelem. To jedyne słuszne rozwiązanie.
Chyba że…
No chyba że…
A co, jeżeli nienawidziłbyś osoby po drugiej stronie ręki? Tak naprawdę, naprawdę jej nienawidził.
To właśnie kwestia, którą muszę teraz wziąć pod uwagę.
Mówię „teraz”, mając na myśli „wtedy”, czyli chwilę, którą właśnie opisuję; chwilę, kiedy dosłownie kilka cholernych sekund dzieliło mój nadgarstek od znalezienia się na wysokości karku, co spowodowałoby złamanie kości ramieniowej lewej ręki na co najmniej dwa – a bardzo prawdopodobne, że więcej – luźno zwisające, choć wciąż połączone kawałki.

Omawiana ręka należy, jak się domyślacie, do mnie. Nie chodzi o abstrakcyjną rękę z konstruktu myślowego jakiegoś filozofa. Kość, skóra, włoski, mała biała blizna na łokciu będąca pamiątką po spotkaniu z narożnikiem pieca akumulacyjnego w Gateshill Primary School – wszystkie należą do mnie. I właśnie nadchodzi chwila, gdy muszę wziąć pod uwagę możliwość, że stojący za mną człowiek, który trzyma mnie mocno za nadgarstek i przesuwa go w górę wzdłuż kręgosłupa z niemal pieszczotliwą ostrożnością, mnie nienawidzi. Tak naprawdę, naprawdę mnie nienawidzi.
Przeciąga tę chwilę w nieskończoność.

Nazywał się Rayner. Imię nieznane. W każdym razie mnie, więc przypuszczalnie również wam.
Zakładam, że ktoś gdzieś musiał znać jego imię – nadał mu je na chrzcie, zawołał go na śniadanie, nauczył go, jak się je pisze, wykrzyczał je nad głowami klientów baru, proponując drinka, wymruczał podczas uprawiania seksu lub wpisał w odpowiednią rubrykę na polisie ubezpieczeniowej. Wiem, że wszystko to musiało się kiedyś zdarzyć. Po prostu ciężko mi to sobie wyobrazić i tyle.
Rayner, jak oceniałem, był ode mnie dziesięć lat starszy. Co mi zupełnie nie przeszkadza. Nie ma w tym nic złego. Mam dobre, serdeczne, niezakończone złamaniem ręki relacje z wieloma osobami, które są ode mnie dziesięć lat starsze. Ludzie starsi ode mnie o dziesięć lat są w sumie godni podziwu. Ale Rayner był na dodatek ponad siedem centymetrów ode mnie wyższy, dwadzieścia pięć kilogramów cięższy i co najmniej osiem jednostek przemocy (niezależnie od tego, jak się je zdefiniuje) brutalniejszy. Był brzydszy niż parking samochodowy, miał dużą, łysą czaszkę, której pofałdowana powierzchnia przypominała balon wypełniony kluczami francuskimi, a spłaszczony nos boksera sprawiał wrażenie, jakby ktoś namalował mu go na twarzy lewą ręką, a może nawet lewą stopą – tworzył krętą, asymetryczną deltę poniżej chropowatej faktury czoła.
Boże Wszechmogący, cóż to było za czoło! Cegły, noże, butelki i rozsądne argumenty zwykły odbijać się od tej masywnej ściany frontowej, nie wyrządzając jej najmniejszej szkody, a zostawiając tylko mikroskopijne wgniecenia między głębokimi, rozległymi porami. Nie sądzę, abym kiedykolwiek widział na ludzkiej skórze głębsze i bardziej rozległe pory, co obudziło wspomnienia związane z polem golfowym w Dalbeattie, gdzie przebywałem pod koniec długiego, suchego lata 1976 roku.
Kiedy spojrzymy na boczną elewację Raynera, przekonamy się, że jego uszy dawno temu zostały odgryzione i wyplute z powrotem na boczną część jego głowy, ponieważ lewe z nich zdecydowanie zawieszono do góry nogami, wywinięto na lewą stronę lub dokonano na nim jakiejś innej dziwacznej operacji, przez co człowiek gapił się na nie przez dłuższą chwilę, zanim pomyślał wreszcie „ach, przecież to ucho”.
Poza tym – jeżeli jeszcze nie dotarło do was, z kim miałem do czynienia – Rayner miał na sobie czarną skórzaną kurtkę założoną na czarny golf.
Ale oczywiście od razu dotarłoby to do was. Rayner mógłby się przebrać w połyskujący jedwab i zatknąć sobie za ucho gałązkę orchidei, a przypadkowi przechodnie i tak najpierw nerwowo wręczaliby mu pieniądze, a dopiero potem się zastanawiali, czy faktycznie byli mu coś winni.
Ja akurat nie miałem u niego żadnego długu. Rayner należał do elitarnej grupy ludzi, którym niczego nie byłem winien. Gdyby sprawy między nami układały się odrobinę lepiej, zaproponowałbym, aby wzorem pozostałych członków przypiął sobie specjalny klubowy krawat. Na przykład z motywem krzyżujących się ścieżek.
Ale, jak już powiedziałem, sprawy nie układały się między nami aż tak dobrze.

Jednoręki instruktor walki imieniem Cliff (tak, wiem – uczył walki wręcz, a miał tylko jedną rękę – to rzadko spotykana sytuacja) powiedział kiedyś: ból to coś, co sam sobie zadajesz. Inni ludzie coś ci robią – biją cię, dźgają nożem albo próbują ci złamać rękę – ale jeżeli odczuwasz przy tym ból, to już twoja wina. Dlatego – powiedział Cliff, który spędził dwa tygodnie w Japonii i z tego powodu czuł się upoważniony do wygłaszania tego rodzaju bredni w obecności wsłuchanych w jego słowa podopiecznych – człowiek jest zawsze w stanie powstrzymać ból. Trzy miesiące później Cliff zginął podczas bójki w pubie z rąk pięćdziesięciopięcioletniej wdowy, tak więc nie sądzę, abym kiedykolwiek miał okazję wyjaśnić mu, że się mylił.
Ból to zdarzenie. Przytrafia ci się i radzisz sobie z nim na wszelkie dostępne sposoby.

Jedyne, co przemawiało na moją korzyść, to fakt, że jak na razie nie wydałem z siebie żadnego dźwięku.
Nie miało to nic wspólnego z męstwem, rozumiecie, po prostu nie zostałem do tego sprowokowany. Jak na razie Rayner i ja, jak to mężczyźni, odbijaliśmy się od ścian i mebli w pełnej napięcia ciszy, tylko od czasu do czasu wydając z siebie jakieś chrząknięcie, aby pokazać drugiej stronie, że nie straciliśmy koncentracji. Ale kiedy najwyżej pięć sekund dzieliło mnie od omdlenia lub chwili, gdy kość ostatecznie by nie wytrzymała, nadszedł idealny moment, aby wprowadzić do walki jakiś nowy element. Jedynym, jaki przychodził mi do głowy, był dźwięk.
Wciągnąłem zatem głęboko powietrze przez nos, wyprostowałem się, aby znaleźć się jak najbliżej jego twarzy, wstrzymałem na chwilę oddech, a następnie wyrzuciłem z siebie coś, co japońscy mistrzowie sztuk walki określają mianem kiai – prawdopodobnie określilibyście to mianem bardzo głośnego wrzasku i nie bylibyście znów tak dalecy od prawdy – okrzyku o tak przejmującej, wstrząsającej intensywności z gatunku „a co to, kurwa, było?”, że sam się nieźle przestraszyłem.
Okrzyk wywarł na Raynerze skutek zgodny z oczekiwaniami, ponieważ mimowolnie się odsunął i na mniej więcej jedną dwunastą sekundy rozluźnił uchwyt na mojej ręce. Z największą siłą, jaką potrafiłem w sobie znaleźć, odrzuciłem głowę do tyłu – prosto w jego twarz. Poczułem jak chrząstki w jego nosie zmieniają położenie, dopasowując się do kształtu mojej czaszki, po której zaczęła się rozprzestrzeniać delikatna wilgoć. Zaraz potem skierowałem piętę w kierunku jego krocza, szorując nią po wewnętrznej części uda, aby na koniec natrafić na imponujących rozmiarów kiść genitaliów. W tym momencie minęła jedna dwunasta sekundy, Rayner nie wyłamywał mi już ręki, a ja zdałem sobie sprawę, że pot leje się ze mnie strumieniami.
Odsunąłem się od niego i tańcząc na palcach niczym stareńki święty Bernard, zacząłem rozglądać się za jakąś bronią.
Piętnastominutowa runda pojedynku między zawodowcami i amatorami rozegrała się w małym, niegustownie umeblowanym salonie w londyńskiej dzielnicy Belgravia. Architekt wnętrz wykonał absolutnie koszmarną robotę – jak to mają w zwyczaju wszyscy architekci wnętrz, za każdym razem, niezawodnie i bez wyjątków – tak się jednak złożyło, że w tamtej konkretnej chwili jego lub jej upodobanie do ciężkich, przenośnych przedmiotów pokrywało się z moim. Sprawną ręką chwyciłem stojącą na gzymsie kominka czterdziestopięciocentymetrową figurkę Buddy i przekonałem się, że uszy małego człowieczka zapewniają zadowalająco przyjemny uchwyt jednorękiemu graczowi.
Rayner klęczał i wymiotował na chiński dywan, niebywale urozmaicając jego kolorystykę. Wybrałem miejsce uderzenia, zebrałem siły, wziąłem zamach i przyłożyłem z backhandu narożnikiem cokołu figurki Buddy w miękką przestrzeń za jego lewym uchem. Dało się słyszeć głuchy, przytłumiony odgłos (z gatunku tych, jakie powstają jedynie w wyniku ataku na ludzką tkankę) i Rayner przewrócił się na ziemię.
Nie zawracałem sobie głowy sprawdzaniem, czy żyje. Bezduszność? Być może, ale cóż mogę poradzić?
Wytarłem pobieżnie twarz z potu i wyszedłem do przedpokoju. Starałem się nasłuchiwać, ale nawet jeżeli z pozostałej części domu lub z ulicy dochodziły jakieś odgłosy, i tak w żadnym razie bym ich nie usłyszał, ponieważ serce waliło mi z siłą młota pneumatycznego. A może na zewnątrz naprawdę ktoś pracował młotem pneumatycznym? Byłem zbyt zajęty wciąganiem potężnych haustów powietrza, rozszerzających moje płuca do objętości walizki, aby zaprzątać sobie tym głowę.
Otworzyłem drzwi frontowe i natychmiast poczułem na twarzy delikatną mżawkę. Woda zmieszała się z potem, rozcieńczając go, rozcieńczając ból w ramieniu, rozcieńczając wszystko, a ja zamknąłem oczy i poddałem się urokowi chwili. Było to jedno z najmilszych doświadczeń w całym moim życiu. Moglibyście powiedzieć, że musiałem prowadzić nieszczególnie ciekawe życie. Ale przecież w ostatecznym rozrachunku – rozumiecie – wszystko zależy od kontekstu.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zszedłem schodami na chodnik i zapaliłem papierosa. Stopniowo, niechętnie serce wróciło do normalnego stanu, po jakimś czasie dołączył do niego oddech. Ręka bolała mnie koszmarnie i wiedziałem, że potrwa to jeszcze kilka dni, jeżeli nie tygodni. Ale przynamniej nie była to ręka, w której zawsze trzymam papierosa.
Wróciłem do środka i przekonałem się, że Rayner leży w tym samym miejscu, w którym go zostawiłem, w kałuży wymiocin. Albo nie żył, albo doznał „poważnych obrażeń ciała”. W obu wypadkach groziło mi pięć lat. Dziesięć, doliczając czas za złe zachowanie. Z mojego punktu widzenia sprawy miały się źle.
Siedziałem już kiedyś w więzieniu. Tylko trzy tygodnie, i to w areszcie śledczym, ale kiedy człowiek musi rozgrywać codziennie dwie partie szachów – korzystając z kompletu, w którym brakuje sześciu pionków, wszystkich wież i dwóch gońców – z mrukliwym kibicem West Ham United, który na jednej dłoni ma wytatuowane słowo „nienawiść”, a na drugiej „nienawiść”, zaczyna doceniać w życiu drobne przyjemności. Jak na przykład przebywanie poza więzieniem.
Kiedy tak dumałem nad tymi oraz temu podobnymi sprawami i przed oczami stanęły mi wszystkie ciepłe kraje, których nie zdążyłem jeszcze odwiedzić, zdałem sobie sprawę, że dochodzące do moich uszu dźwięki – ciche skrzypnięcia, szuranie i drapanie – zdecydowanie nie wydobywają się z mojego serca. Ani także z płuc czy jakiejkolwiek innej części skomlącego z bólu ciała. Te dźwięki miały zdecydowanie charakter zewnętrzny.
Ktoś lub coś całkowicie nieumiejętnie próbowało wykazać się umiejętnością bezszelestnego schodzenia po schodach.
Odstawiłem Buddę na miejsce, chwyciłem ze stołu ohydną alabastrową zapalniczkę i zbliżyłem się do drzwi, które również wyglądały ohydnie. Jak można zaprojektować ohydne drzwi? – zapytacie. Wymaga to oczywiście pewnego wysiłku, ale uwierzcie: czołowi architekci wnętrz potrafią machnąć coś takiego przed śniadaniem.
Starałem się wstrzymać oddech, ale mi się nie udało, więc czekałem, wydając z siebie najróżniejsze odgłosy. Za ścianą ktoś zapalił światło i po chwili je zgasił. Otworzył jakieś drzwi, znów chwila ciszy, zamknął. Zastanów się przez chwilę. Pomyśl. Zajrzyj do salonu.
Zaszeleściło ubranie, usłyszałem cichy odgłos kroków i nagle zorientowałem się, że rozluźniam dłoń ściskającą alabastrową zapalniczkę i z uczuciem ulgi opieram się plecami o ścianę. Wszystko dlatego, że nawet w stanie, w jakim się znajdowałem – przerażony i ranny – mógłbym dać głowę, że perfumy Fleur de Fleurs Niny Ricci nie zwiastują kolejnej walki.
Zatrzymała się w drzwiach i rozejrzała po pokoju. Mimo zgaszonego światła, przez rozsunięte zasłony, do pokoju wpadała wystarczająca ilość światła z ulicy.
Zaczekałem aż zatrzyma wzrok na ciele Raynera i dopiero wtedy zasłoniłem jej usta dłonią.